Każda podróż jest inna i niepowtarzalna, każdy zapamiętuje inne miejsca i odcinki drogi, każdy ma własne wrażenia i wspomnienia. Oto więc wschodni dwugłos - wspólna relacja dwóch osób, które niezależnie od siebie pokonały trasę wzdłuż wschodniej granicy Polski. Mamy nadzieję, że tego lata dołączycie do tej opowieści własne wątki i rozdziały. Bo pogranicze także mówi do nas wieloma głosami…
Już same nazwy brzmią obco: Husynne, Werchrata, Hrebenne, Dołhobyczów, Kryłów, Dorohusk. Średnio zorientowany mieszkaniec innego regionu Polski pomyśli, że to nazwy miejscowości gdzieś na Ukrainie. Nic bardziej błędnego. To jest Polska właśnie z jej bogactwem i różnorodnością. Polska C, choć owo C wcale nie musi mieć zabarwienia pejoratywnego. Tam właśnie ostało się jeszcze szczególnie dużo „dziwactw”, reliktów przeszłości i wartościowych obszarów przyrodniczych. To trochę taka pułapka na czas. Tereny w pobliżu dzisiejszej ściany wschodniej od zawsze stanowiły obszar pogranicza. Jeśli nie państwowego, to przynajmniej kulturowego. A nie od dziś wiadomo, że tam, gdzie styka się wiele kultur, gdzie obok siebie funkcjonują różne religie i języki, tam nie ma miejsca dla szarzyzny. Za to jest czemu się przyglądać i co podziwiać. Nie ma czasu do stracenia, bo mam na to tylko siedem dni.
Dzień pierwszy
Początek wyprawy wiedzie z Jarosławia przez wspomniane wyżej z obca brzmiące miejscowości rozsypane na pofałdowanym Płaskowyżu Tarnogrodzkim przechodzącym w pagórkowate Roztocze. Generalnie to kraina wielkich, pustych przestrzeni, drewnianych cerkwi, opuszczonych wsi i kamiennych, omszałych nagrobków. Na wiejskich cmentarzach, tych czynnych i tych zarastających lasem, zgodnie tkwią we wspólnych szeregach nagrobki rzymskokatolickie z polskimi napisami, greckokatolickie z ruskimi i ewangelickie z niemieckimi. W dawnych miasteczkach obok cerkiewnych kopuł zobaczyć można wieże kościoła i mury synagogi. Niestety dzisiaj z wielokulturowych kresów pozostały głownie tylko ślady materialne, które także zdają się w wielu przypadkach odchodzić w zapomnienie. Okres II wojny światowej, a potem „bolszewickie” akcje wysiedleńcze spustoszyły etniczny krajobraz tej krainy. Bartek Kaftan: Jednym z miejsc, w którym znajdujemy potwierdzenie takiego stanu rzeczy, jest senna miejscowość mogąca się pochwalić osobliwą - nawet jak na kresowe warunki - nazwą Wielkie Oczy. Piękna, lecz zrujnowana cerkiew i zaniedbana synagoga skłaniają do refleksji nad tragicznym końcem kulturowej różnorodności pogranicza i tworzących ją ludzi. O tym fragmencie trasy mógłbym długo opowiadać, bo mieszkam niedaleko i często bywam w tych stronach. Dlatego też pierwsze kilkadziesiąt kilometrów pokonują skokiem, lądując w Prusiu, gdzie odpoczywam przy opuszczonej drewnianej cerkiewce.
B.K.: Ale jeśli czas nie depcze Wam po piętach, to warto pokręcić się nieco po wschodnim Roztoczu. Czekają tu typowo rowerowe wyzwania, jak choćby podjazd na najwyższe wzniesienie polskiej części tego pasma, Wielki Dział (390 m n.p.m.), zapomniane wsie (warto zawitać zwłaszcza do Brusna Starego - tutejsi kamieniarze przez kilkaset lat wyrabiali przepiękne, spotykane na okolicznych cmentarzach krzyże), a także eleganckie uzdrowisko Horyniec Zdrój, gdzie można pozadawać szyku wśród przechadzających się kuracjuszy. Dalej trasa wiedzie do Siedlisk, gdzie w budynku dawnej szkoły podstawowej, naprzeciwko cerkwi, mieszkańcy zorganizowali wiejskie muzeum skamieniałych drzew (z występowania których znana jest ta okolica), sprzętu gospodarskiego i trofeów myśliwskich. Mknąc dalej na północ, nietrudno zauważyć, że w pejzażu tym istotne miejsce zajmują cerkwie. Kiedy na liczniku wyświetla się 170 km, wjeżdżam do nadbużnego Kryłowa. Tu rozbijam namiot w sadzie u pani Rosołowskiej. B.K.: Planując trasę, nie można pominąć miejscowości takich jak Chotyniec czy Radruż, a na północ od Roztocza także Korczmin, Budynin, Myców czy Dłużniów. Te cztery ostatnie wsie wyznaczają jeden z najbardziej niezwykłych fragmentów przygranicznej trasy. To maleńki, znajdujący się w granicach Polski fragment Wołynia, krainy urzekającej jedynym w swoim rodzaju krajobrazem. Rozległe, pofalowane, zwykle bezleśne tereny poprzecinane są licznymi, głęboko wciętymi wąwozami. Można wyszaleć się rowerowo i nasycić oczy pięknymi widokami. Frajda niestety wkrótce się kończy, kolejny fragment trasy przez Dołhobyczów pokonujemy więc dość szybko.

Dodano: 2007-06-30

Autor: Tekst: Wojciech Pysz, Bartek Kaftan,Daniel Klawczyński

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Eagle???

Merida Big.Nine 6000 i Big.Nine 800

Kross Level 13.0

Kolarz - cukrzyk

Karpaty w trzech aktach