Od czego się zaczęło
Pomysł objechania Polski dookoła było jednym z kilku rowerowych marzeń. Jazda rowerem to sposób podróżowania, który najbardziej preferuję. Bo rower to wolność. Wraz z biegiem lat, corocznie zdobywając kolejne doświadczenie w turystyce rowerowej, w lipcu 2014 roku nastąpiła decyzja: ‘ Za rok wyruszam dookoła Polski’. I tak oto nastąpiły przygotowania do wyjazdu. Założenie fanpage, strony domowej, szukanie patronów i sponsorów. Z biegiem czasu także szukanie uczestników.


Przygotowanie
Jak to w życiu codziennym, często nie mamy wystarczająco dużo czasu, aby wygospodarować jeszcze dodatkowy na przygotowanie kondycyjne do wyjazdu. Dlatego był to ciężki okres, gdy podczas codziennych obowiązków jak uczelnia czy praca, musiałem nierzadko zmusić się do wstania równo ze słońcem, aby pójść na trening na siłowni, czy też wyjąć rower z garażu i objeździć okoliczne lasy. Dodatkową motywacją do wyjścia na trening była też obecność znajomego, który rano potrafił zadzwonić z tekstem ‘Wstawaj leniu, czekam w szatni’. Równie ważne jak przygotowanie kondycyjne jest również przygotowanie organizacyjne. Wiele czasu pochłonęło wyznaczanie trasy, szukanie sponsorów. Skompletowanie pełnego ekwipunku jest bardzo kosztowne. Tutaj pomogli moi rodzice, oraz takie firmy jak Brubeck i Mactronic. Dzięki obszernemu patronatowi medialnemu, mogłem wypromować swój pomysł i podzielić się nim z dużą ‘publiką’. Czas wyjazdu zbliżał się bardzo szybko.


„Komu w drogę, temu rower podstawiają...”
8 lipiec 2015 roku. Tę datę długo zapamiętam. Wtedy to rozpocząłem wraz z 3 towarzyszami swoją podróż. Wystartowaliśmy w Kostrzynie nad Odrą. Początkowo skierowaliśmy się na niemiecki szlak „Wzdłuż Odry”. Niemieckie szlaki są przepięknie oznakowane i przystosowane do turystyki rowerowej. Setki kilometrów ciągnące się wzdłuż Odry są prawie całkowicie ‘wylane’ asfaltem, co jest chyba najlepszą drogą dla sakwiarzy. Pierwsze kilometry przebiegały bardzo sprawnie: świeże nogi, humory na twarzy i względnie dopisująca pogoda. Trasy, które są wyłączone z ruchu drogowego, przeminęły nam bardzo szybko. Nim się obejrzeliśmy, już byliśmy w górach.


Góry, nasze Góry
Planując wyprawę, wiedząc że góry będą najcięższym etapem całej wyprawy, zdecydowałem, że będą one stosunkowo na początku wyprawy. W górach zawitaliśmy trzeciego dnia wyprawy. Jazda w górach na pełnym obciążeniu(mój rower ważył 46kg) jest bardzo męcząca. Każdy podjazd kosztował mnóstwo sił. Mimo to powoli przesuwaliśmy się do przodu, codziennie kręcąc ponad sto kilometrów, dziennie przekraczając sumę wzniesień pięciuset czy nawet tysiąca metrów. Najcięższym dniem w górach był dzień, gdy opuszczaliśmy już Wetlinę, kierując się na Polańczyk-Zdrój, gdy pod koniec dnia pokonywaliśmy ostatnie podjazdy. W górach trafiła nam się najładniejsza pogoda z całego wyjazdu. W ciągu dnia zdarzało się, że była temperatura pow. 35 stopni w cieniu. Ale góry to nie tylko podjazdy w mękach. To też długie zjazdy, gdy rozwijaliśmy wysokie prędkości. To też przepiękne widoki. Karkonosze, Góry Stołowe, Beskidy, Tatry, Bieszczady. Wszystko góry, jednakże każdego dnia otoczenie jak i architektura wokół zmieniała się. Od lekkich górek, po monumentalne skalne Tatry czy też dzikie zalesione Bieszczady. W Przemyślu zameldowaliśmy się 20 lipca, czyli w 13 dniu naszej wyprawy. Dzień wcześniej odłączył się od nas Grzegorz, który musiał wracać do pracy. Opuściliśmy góry, teraz już z górki…


Wschód – czyli jak to tam jest?
Na wschodzie byłem pierwszy raz, było to jedyne miejsce, którego wcześniej nie zjeździłem rowerem przed wyprawą. Dlatego byłem zaskoczony ‘życiem’ tutaj. Wschodnia Polska wyróżnia się niezliczoną ilością hektarów pól i lasów. Pokonując kolejne kilometry odnosiłem wrażenie że jedziemy od wioski do wioski. Przy drodze niezliczona ilość kapliczek, obelisków i pomników upamiętniających wydarzenia wojenne. W niemal każdej wiosce można było zobaczyć przepiękne cerkwie, zarówno całe z drewna, jak i budowle z pozłacanymi dachami. Ludzie nigdzie się nie śpieszą, jak to ‘u nas na zachodzie’. Każdy napotkany mieszkaniec był serdeczny, uśmiechnięty, jak i skory do pomocy. Na wschodzie, gdy pytając o możliwość rozbicia namiotu na podwórku, zawsze spotkaliśmy się z zainteresowaniem i pomocną ręką. Jedną z nieplanowanych przygód była przeprawa promowa przez Bug, która była zamknięta ze względu na niski stan wody. Po kontrolnym przejściu, postanowiliśmy odpiąć bagaże i przenosić wszystko na drugi brzeg na własnych plecach. Kilometry przeleciały bardzo szybko. Nim się obejrzeliśmy, a już byliśmy u progu Warmii i Mazur.


Morze, czyli ostatni etap wyprawy
W Augustowie zawitaliśmy 25go lipca, czyli 18go dnia naszego wyjazdu. Wraz z dotarciem na Warmię ładna pogoda jakby ręką odjął. Od Warmii do samego Szczecina niestety pogoda była bardzo kapryśna. Całodniowy kapuśniak, ulewy, gwałtowne burze, oraz chyba symbol jazdy ze wschodu na zachód po wybrzeżu – wiatr w twarz. Mimo to dosyć sprawnie przemierzaliśmy Warmię, coraz bardziej zbliżając się do wybrzeża. Wtedy też spotkaliśmy Mohammada, który promując swoją akcję ‘We Need Trees’ podróżuje na rowerze od grudnia 2006 roku. Bardzo pozytywna osoba, która z pewnością zapadnie w mojej pamięci. W Gdańsku zawitaliśmy 21go dnia wyprawy. Niestety w wyniku choroby z wyjazdu zrezygnowała Ania. W Łebie o dzień dłużej został również Karol, który postanowił na spokojnie jechać pozostały dystans. Od Łeby aż do Szczecina niestety czekała na mnie jazda w deszczu i wietrze. Był to jeden z cięższych momentów wyprawy, jednakże trzymając się założonego celu, starałem się dojechać do 2 sierpnia do Kostrzyna. Szlaki wzdłuż wybrzeża, to głównie multum turystów, gotycka architektura i latarnie morskie. Mimo to, jest to teren najbardziej wypłaszczony, stąd pewnie też najczęściej wybierany jako początek przygody z turystyką rowerową. Nad morzem baza noclegowa jest najbardziej rozbudowana w całej Polsce. Ostatni dzień wyprawy to trasa Szczecin-Kostrzyn. Wtedy też dojechał do mnie z Poznania Grzesiu, który korzystając z wolnego weekendu, przejechał 260km aby zakończyć razem ze mną podróż. Kierując się po niemieckich szlakach wzdłuż Odry oraz po polskich drogach, o godzinie 15:06 zobaczyliśmy upragniony cel – Kostrzyn. Co prawda na Festiwal Woodstock nie zdążyliśmy, jednakże tłumów wracających z festiwalu(akurat kończył się w nocy z 1 na 2 sierpnia) nie ominęliśmy. Po dotarciu na dworzec PKP nastąpiła jednogłośna decyzja – wracamy do domu rowerami. Tak oto po 3109km zakończyła się nasza piękna przygoda. W ciągu ostatnich czterech dni wyprawy pokonałem dystans 688km. Wynik byłby większy, jednakże mój tata zlitował się i na sto kilometrów przed domem przywitał mnie, przyjeżdżając autem.


Ludzie
Wyprawa to zawsze wielkie emocje. Podróże rowerowe to to, co lubię najbardziej. To pasja. A najlepsze jest to gdy pasję możemy dzielić z innymi. Wyprawa spotkała się z dużą aprobatą na fanpage. Podczas wyjazdów czytając dopingujące komentarze, dodawało to sił i stwarzało dalszą motywację do kolejnych działań. Z tego miejsca chcę podziękować uczestnikom: Karolowi, Grzesiowi i Ani – za wspólnie pokonane kilometry, za towarzystwo w trudnych momentach. Chcę także podziękować sponsorom, którzy poprzez wsparcie mnie, przyczynili się do mojego wyjazdu, a zarazem sukcesu. No i kibice. Było was bardzo dużo. Zarówno odwiedzających fanpage jak i stronę domową. Dzięki wielkie!

Marzenia są po to, aby je realizować. I właśnie taki mam zamiar.

Do zobaczenia w przyszłym roku!

Dodano: 2016-01-19

Autor: Tekst: Remigiusz Kübler

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Niejasna przyszłość roweru

Nowy wymiar treningu

Moc „ludzi z żelaza”

Młodzi gniewni polskiego XC… rok później