Bieszczadzka trzydniówka
Są miejsca, w które warto dotrzeć i wiedzieliśmy gdzie ich szukać. Na mapach można znaleźć ścieżki i szlaki, które do nich prowadzą. Rzecz w tym, że trzeba wiedzieć, w którą stronę można je przejechać. Bo z perspektywy kierownicy sprawy wyglądają całkiem inaczej, niż gdy kubek herbaty rozgrzewa palce wodzące po mapie. Najłatwiej jest jeździć szlakami turystycznymi, bo wystarczy śledzić znaki. Ale te wytyczone w latach 60. nie przystają do turystyki rowerowej. W wielu wypadkach są zbyt krótkie, zbyt strome, albo prowadzą przez tereny, na które nam wjeżdżać zakazano. Musieliśmy sobie poradzić sami, łącząc szlaki piesze drogami i ścieżkami z poprzednich wypraw rowerowych albo pieszych. Każdy z nas miał jakiś fragment wyprawy w głowie i tylko absolutnie niezbędne wyposażenie w plecaku. Mieliśmy ściśle wyliczone 72 godziny swobody. Okupione zostały kilkoma zarwanymi w pracy nocami i gorzkimi uwagami kobiet. Plan był czytelny: Chryszczata, Krywe, Wołosań. W dowolnej kolejności, byle było fajnie i żeby nie łazić z rowerami na plecach.
Dzień pierwszy
Choć podobno bramą do Bieszczadów jest Lesko, dla nas wjeżdża się tam przez Komańczę. To zupełnie logiczne bo Komańcza leży na granicy Beskidu Niskiego i Bieszczadów. Komańcza nie urzeka - ot wieś z "indiańskimi korzeniami". Do granicy musieliśmy się przedzierać trochę na skróty przez niekoszone od dziesięcioleci łąki, a trochę unijnym asfaltem. Po dotarciu do granicy zmiana nastroju była radykalna. Podjazd na Siwakowską Dolną nie jest problemem pod warunkiem, że można uporać się z błotem. Kłody leżące w poprzek szlaku (i granicy zarazem) tylko uatrakcyjniają przeprawę. Jest tu dziko i bardzo pusto. Wkrótce las przerzedza się, a do pokonania jest kilka superstromych zjazdów, podejść i tory kolejowe. To Przełęcz Łupkowska. Po chwili ocierając twarze z pajęczyn wyjechaliśmy z liściastego boru. Zaczęły się podobne połoninom łąki. Szerokie panoramy spowolniły tempo jazdy. Nie mogliśmy oprzeć się widokowi na grzbiet Wielkiego Działu - celu dzisiejszego etapu. Najpierw czuć zapach dymu, potem słychać rzępolenie zdezelowanych gitar, a dopiero potem widać jak z krzaków machają do nas zarośnięci, półnadzy gitarzyści. To już XX-wieczny bieszczadzki klimat. Baza, studenckie schronisko w Starym Łupkowie, wyludnionym jak dziesiątki takich wsi w Operacji Wisła. Po chwili wyjeżdżamy na zmasakrowany asfalt i nim jedziemy aż do Mikowa. Po pokonaniu charakterystycznych mostków przeznaczonych dla ciuchci jeżdżącej niegdyś do Duszatyna, tuż pod zwieszonym ponad potokiem stromym stokiem w prawo odbija szutrowa droga na przełęcz Żebrak. To stamtąd zacznie się najdłuższy, 5,5-kilometrowy podjazd dzisiejszego dnia. A za przełęczą Żebrak wreszcie zaczęło się MTB w prawdziwie bikeBoardowym stylu. Ruszyliśmy w prawo na Wołosań. Chryszczatą zostawiamy sobie na później. Grzbiet Wielkiego Działu oddzielał Bojków ze wschodu od Łemków z zachodu, a potem zmiotła ich historia. Tylko Wielki Dział pozostał. Udało nam się przejechać praktycznie cały bez zsiadania. Ale nieźle się przy tym napociliśmy, bo trudności techniczne wzrastają z każdym przejechanym metrem. Leśna ścieżka wije się poprzez korzenie, zwalone pnie i coraz większe ilości fliszu, dzięki któremu jazda jest jeszcze ciekawsza. Ale jest jeszcze jedna wiadomość. Za szczytem Wołosania (1071 m n.p.m.) będzie jeszcze lepiej! Czerwony szlak niespiesznie opada, momentami wychyla się z lasu oferując niebywałe panoramy. Ścieżka jest wąska i bardzo kręta. Trasa przez szczyty Berest, Osina i Hon to jeden z najfajniejszych zjazdów, na jakie można liczyć w naszym kraju. Dopiero ciemną nocą dotarliśmy do Cisnej.

Dodano: 2004-07-31

Autor: Tekst: Miłosz Kędracki, zdjęcia: Adam Michalik, Miłosz Kędracki

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Internet trenażerów

Szosowe opony na zimę

Polskie etapówki

Azory