Pomysł na Słowenie, jest niejako pomysłem zastępczym dla nieukończonego jeszcze szlaku przebiegającego wzdłuż wschodniej granicy Polski. Przed wyjazdem nasza wiedza na temat Słowenii ograniczała się wyłącznie do skoków narciarskich na jednej z największych skoczni mamucich na świecie. Niemniej jednak wielkość państwa pozwala nam założyć, że można je objechać podczas 14 dniowego urlopu. Informacje jakich dostarcza nam wcześniej zakupiony przewodnik oraz Internet uświadamia nas, że jest to idealne miejsce dla rowerzystów. Z jednej strony wysokie góry z klimatem alpejskim, z drugiej zaś przepięknie usytuowane miejscowości na wybrzeżu z typowym śródziemnomorskim klimatem. Wszystko to sprawiło, że przygotowania do wyprawy ruszyły pełną parą. Gruntowne zapoznanie się z informacjami nt. Słowenii pozwala przygotować plan wycieczki, który obejmuje wszystkie najważniejsze „must see” państwa wielkości województwa łódzkiego. Jako, że uczestnikami wyprawy jest księgowy, lekarz oraz informatyk wiadome jest, że każdy szczegół zostanie przeanalizowany i dopracowany do perfekcji. I tak też się dzieje. Każdy odcinek rozłożony jest na czynniki pierwsze, kładąc szczególny nacisk na przygotowanie profilu wysokościowego. Ten, okaże się być najcenniejszą informacją w trakcie całej wyprawy. Podjazdy i zjazdy, których doświadczyliśmy rok wcześniej objeżdżając południową granicę są niczym w porównaniu do tego co nas czeka w tym roku. Na kilka dni przed wyjazdem okazuję się, iż prognozy pogody nie są korzystne. Intensywne opady deszczu oraz lokalne powodzie i podtopienia ostudzają trochę nasz zapał. Pierwotnie trasa, która miała przebiegać ze wschodu na zachód Słowenii, zostaje skierowana na południe i zachód.


Początek wyprawy wyznaczamy w niewielkiej miejscowości Gornja Radgona, na granicy austriacko-słoweńskiej. Na miejsce docieramy samochodem. Przezornie kilka tygodni wcześniej na jednym z portali społecznościowych nawiązujemy kontakt z Evą, Słowenką, która zaoferowała pomoc w przechowaniu samochodu podczas naszej nieobecności. Po wymianie z Evą kilku spostrzeżeń nt. Słowenii, zakładamy przeciwdeszczowe stroje i ruszamy w podróż. Na nasze nieszczęście prognozy pogody sprawdzają się w 100%. Pierwszego dnia z zaplanowanych 70 km przejeżdżamy raptem 40 km. Deszcz, który pada średnio co godzinę, skutecznie utrudnia podróż do zaplanowanego na ten dzień celu. Dodatkowo, jedyna lustrzanka jaką posiadamy ,odmawia posłuszeństwa. Lepiej nie mogliśmy zacząć tej wyprawy.


Pierwszy nocleg na Słowenii (urokliwa miejscowość Ptuj) wita nas miłą obsługą oraz tłumami na polu namiotowym. Okazało się, że trafiliśmy na rozpoczęcie sezonu camperowego. Mimo bardzo złej pogody, która utrzymywała się od paru dni, pole namiotowe pęka w szwach. Nie lada sztuką okazuję się znalezienie w miarę suchego miejsca na rozbicie namiotu. Nazajutrz ruszamy w kierunku Ptujskiej Gory, która słynie z monumentalnego gotyckiego kościoła usytuowanego na szczycie malowniczego wzgórza (352 m. n.p.m.) Goniący czas nie pozwala na szczegółowe zwiedzanie zabytku, dlatego po kilkunastu minutach przerwy udajemy się w kierunku Konstanjevic nad Krka. Ulewy, które przechodziły nad okolicą przez ostatnie kilka dni, sprawiły znaczne podniesienie poziomu rzeki Krky i lokalne podtopienia w mieście. Na szczęście jedyny drewniany most, który prowadzi na wyspę wytrzymał napór ogromnej ilości wody i pozwala na krótki rekonesans starówki. Liczne zabytki poprzecinane niewielkimi uliczkami tworzą w lokalnej nomenklaturze tzw. „Doleńską Wenecje”. Niestety zła passa trwa nadal. Gdy dojeżdżamy na camping okazuję się, że z powodu podtopień został zamknięty do odwołania. Godzina 21, perspektywa noclegu „na dziko” co raz bardziej prawdopodobna. Na szczęście ratunkiem okazuję się bardzo pomocny recepcjonista hotelu, który bardzo poważnie i priorytetowo potraktował „nasz problem z noclegiem”. W ciągu kilkunastu minut znajduje kwaterę u swojego znajomego kilka kilometrów dalej. Tym razem poranek wita nas pysznym śniadaniem z lokalną jajecznicą na czele. Gospodarz na pożegnanie udziela kilku cennych rad i wskazówek na dalszą drogę.


Niedaleko miejscowości przez którą będziemy przejeżdżać, na terenach spornych, pomysłowi Polacy ogłosili niepodległość państwa o nazwie Enclava. Z ciekawości postanowiliśmy udać się na poszukiwania niewielkiego tworu państwowości. Niestety na miejscu oprócz agresywnego tubylca, wymachującego śrubokrętem w naszym kierunku, nie znajdujemy żadnych śladów Enclavy.
Zawiedzeni dojeżdżamy do miejscowości Vinnica, gdzie czeka nie lada atrakcja – camping rodem z epoki Flinstonów. Wszechobecne kamienne konstrukcje fantastycznie współgrają ze sobą tworząc niepowtarzalny klimat. Właścicielka, prawdopodobnie amatorka fotografii, postanowiła udokumentować na zdjęciach „proces” przygotowywania się do odjazdu. Jak się później okaże, prowadzi profil campingu na portalu społecznościowym na którym umieszcza zdjęcia swoich gości. Oczywiście nasze zdjęcia, nie zawsze korzystne, też ukazały się po kilku dniach.


Przez cały dzień poruszamy się pięknymi dolinkami wzdłuż rzeki Kolpy. Pierwszy raz od początku wyprawy poczuliśmy, że przyjechaliśmy do całkowicie innej krainy. Piękne i czyste miejscowości usytuowane między stromymi zboczami gór stwarzają bardziej złudzenie pobytu w szwajcarskich kantonach niż na Słowenii. Niestety sporym minusem jest niska gęstość zaludnienia, co przekłada się na trudności w znalezieniu zarówno sklepu spożywczego jak i noclegu. W Polsce każda wieś posiada swoje własne „centrum informacyjne” zwane potocznie sklepem spożywczym. Natomiast Słoweńcom prawdopodobnie wystarcza jeden sklep na kilkanaście wsi. Na szczęście nieceniona okazuję się pomoc Pań z lokalnego punktu turystycznego.


Piątego dnia po raz pierwszy przekraczamy granicę chorwacko-słoweńską. Jedynymi wspomnieniami jakie pozostały z Chorwacji to pierwszy wymagający podjazd i rozmowa z parą amerykanów, którzy podobnie jak my zwiedzają Bałkany rowerami. Kiedy usłyszeli, że jesteśmy z Polski, wypytują szczegółowo o miejsca, które warto zobaczyć w naszym kraju. Podejrzewam, że odwiedzą Polskę w najbliższym czasie. Wracając na Słoweńską stronę, celnicy uprzejmie wypytują o cel wyprawy i życzą powodzenia w dalszej podróży. Świadomość, że następnego dnia w końcu dojedziemy nad upragnione morze dodaje nam motywacji w pokonywaniu kolejnych kilometrów. Tego dnia celem jest zwiedzenie kilku ważnych atrakcji turystycznych Słowenii. Jako pierwsze jest Jezioro Cerknickie, położone w kotlinie o płaskim dnie nad zapadniętą jaskinią kresową. Powstaje zazwyczaj podczas intensywnych opadów deszczu osiągając średnicę 5 km i długość 10km. Udaję się zaobserwować to zjawisko, chociaż ilość wodorostów i wodnej roślinności nieco utrudnia pełne dostrzeżenie okolicznych walorów. W pobliskiej miejscowości Cerknicy zatrzymujemy się na obiad. Jak później okaże się jest to najsmaczniejszy posiłek na całej wyprawie. Zostajemy uraczeni zupą cebulową oraz lokalnym… spaghetti bolognese. Po drodze zwiedzamy jeszcze wąwóz krasowy Rakov Skocjan. Płynąca w okolicy rzeka Rak wyżłobiła na odcinku 2,5 km ogromne zapadliska, tworząc niezapomniany krajobraz wąwozów i jaskiń. Niestety z powodu braku czasu zwiedzamy tylko ułamek atrakcji związanych z tym miejscem. Tego dnia głównym celem jest najsłynniejszy zamek na Słowenii, Predjamski Grad. Zamek z XII, wkomponowany w ponad stu metrową pionową skałę, idealnie nadaję się na plan filmowy Władcy Pierścieni. Niestety dojeżdżamy na miejsce o godzinie 19. Na zwiedzanie zamku jak również jaskiń znajdujących się pod zamkiem jest już za późno. Na domiar złego w nocy temperatura oscyluje w okolicach 5 stopni, a przecież jest czerwiec i jesteśmy raptem 50 km od wybrzeża Adriatyku.


Po raz pierwszy od początku wyprawy kolejny etap wiedzie cały czas w dół, aż do wybrzeża Adriatyku. Nie minęło 20 km od campingu a krajobraz i temperatura zmienia się nie do poznania. Nagle dostrzegamy sady oliwno-owocowe, pola winorośli, czy też pojedyncze palmy i kaktusy.
Potrzebowaliśmy dosłownie kilku godzin, aby surowy podgórski klimat zmienić na bardzo miły i przyjemny klimat śródziemnomorski. Będąc ciągle pod ogromnym wrażeniem lokalnego krajobrazu dojeżdżamy do miasta Koper. Największy port Słowenii jest pełen kontrastów. Z jednej strony przygnębiające i szare zabudowania portu, z drugiej zaś piękna i urocza śródziemnomorska starówka. Bardzo gęsta zabudowa ścisłego centrum tworzy sieć wąskich uliczek, które wypełnione są licznymi sklepami, galeriami, muzeami czy też restauracjami i pubami. Zastanawiamy się, czy to jeszcze słoweńskie, czy już może lazurowe wybrzeże. Ilość drogich restauracji, samochodów czy hoteli świadczy tylko o ogromnej popularności tego miejsca. Piękną drogą rowerową poruszamy się w kierunku Piranu, mijając po drodze Izolę. Niewielkie miasteczko rybackie wciśnięte pomiędzy Koprem a Piranem. W samym Piranie zamawiamy kawę i puchar lodów, który wygląda jak prawdziwe dzieło sztuki. Ku naszemu zdziwieniu ceny ów produktów są niższe niż w Polsce. Samo miasto wcina się w morze stromym i skalistym cyplem „porośniętym” licznymi zabytkami, przypominając chorwackie kurorty np. Dubrovnik. Zdecydowanie gorsze wspomnienia z wybrzeża mamy po krótkiej wizycie we Włoszech. Wszechobecny hałas pędzących skuterów, częste używanie klaksonów przez kierowców, traktowanie rowerzystów jak największych wrogów na ulicy oraz ciągłe zaczepki czarnoskórych mieszkańców miasta doprowadzają do szczerej radości na widok znaku granicznego „Słowenia”.


Im bardziej w głąb lądu, tym bardziej rozpościera się przytłaczający widok Alp Julijskich, które tylko czekają na wyssanie z nas resztek sił i energii. Na szczęście pierwszy prawdziwy górski etap zaczyna się następnego dnia. Celem jest dotarcie do miejscowości Bovec, znanego ośrodka sportów ekstremalnych, zarówno letnich, jak i zimowych. Przypadkowo napotkany tubylec zachwala i rekomenduję nowooddaną do użytku trasę rowerową wzdłuż przepięknej rzeki Soczy. Wody rzeki są koloru szmaragdowego, a samo koryto nierzadko usytuowane jest w bardzo głębokich wąwozach. Wszystko to w połączeniu z majestatyczną alpejską roślinnością tworzy niezapomniane widoki, których w Polsce nigdzie nie można spotkać. Stąd też nie dziwi częsty widok samochodów z polskimi rejestracjami. Oczywiście pokusiliśmy się o kąpiel w Soczy, ale nasz zapał został szybko ostudzony przez temperaturę wody, która prawdopodobnie nie przekraczała 10 stopni. Po drodze mijamy niezliczoną ilość kajakarzy, którzy mimo lodowatej wody postanowili przeżyć ekstremalną przygodę. Na miejsce docieramy przed zmrokiem. Sezon turystyczny trwa tutaj przez cały rok. Przy miejscowym sklepie można usłyszeć chyba wszystkie języki świata, istna wieża Babel. Camping, który wybraliśmy pęka w szwach. Wszyscy przyjechali na spływ rzeką Soczą. Hałas prawdopodobnie większy niż na nowojorskiej giełdzie. Przy takim harmidrze nawet nieboszczyk wstałby z grobu. Na szczęście kilkaset metrów dalej znajduję się camping, który jest zupełnie pusty. Dlaczego? Ano dlatego, że ludzie są zbyt wygodni i leniwi, żeby nosić cały sprzęt kilkaset metrów i wybierają zatłoczone miejsca bliżej rzeki. Poranek wita ulewnym deszczem i mgłą, która całkowicie przysłania widok okolicznych gór. Na szczęście do przejechania mamy „tylko” 30 km, dlatego możemy wyruszyć późnym popołudniem.


W drodze do Trenty spotykamy szalonych Anglików, którzy postanowili przejechać rowerem z Anglii do Turcji. Nie byłoby w tym nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że podróżują na rozklekotanych rowerach z minimalną ilością ekwipunku zapakowanego w torbę turystyczną, tudzież mikroskopijne sakwy. Wymieniamy kilka uwag na temat okolicy i w jednym zgadzamy się w 100% - nigdy więcej na rowerze do Włoch. Na koniec rozmowy pada ze strony Anglików propozycja degustacji lokalnego piwa w Treście na co ochoczo przystajemy. Niestety, baza noclegowa jest bogatsza niż pierwotnie sądziliśmy i nie udaję nam się spotkać. Dlatego też Michał i Filip postanawiają udać się do źródła Soczy, mającego formę wielkiego wywierzyska. W drodze powrotnej rower Michała odmawia posłuszeństwa na zakręcie i wpada w poślizg. Szczęśliwie Michałowi nic się nie stało, natomiast tylna obręcz jest na tyle wygięta, że skutecznie uniemożliwia dalszą jazdę. Niestety najbliższy serwis rowerowy jest w Bovecu, z którego właśnie dzisiaj przyjechaliśmy. W okolicznej knajpie udaję nam się załatwić transport na jutro do Boveca. Ramy nie udaję naprawić się w 100%, ale rower jest na tyle sprawny, że możemy kontynuować podróż. Nieco spóźnieni ruszamy na przełęcz Vrsić. Już na początku napotykamy znak, który informuję nas o 14% nachyleniu przez najbliższe 9 km. Postanawiamy rozłączyć się i wjeżdżać w swoim własnym tempem. Sam podjazd technicznie nie jest trudny. Bardzo dobrej jakości asfalt z licznymi zakrętami pokonujemy z łatwością. Warto dodać, że każdy z zakrętów został ponumerowany z informacją o aktualnej wysokości na której się znajduje. Co jakiś czas mijają nas grupki zawodowo wyglądających kolarzy, którzy wydają się być zaskoczeni widokiem rowerów z sakwami na tej wysokości. Sama przełęcz nie wyróżnia się niczym szczególnym - kilka stoisk z pamiątkami, parking dla samochodów oraz schronisko. Bardziej elektryzuje nas myśl o 15 km zjeździe w dół, do Kranskiej Góry. Niestety, na zjeździe, jakość nawierzchni pozostawia wiele do życzenia. Brukowane zakręty skutecznie utrudniają rozwinięcie przyzwoitej prędkości, nie mówiąc już o samym komforcie jazdy. Dopiero w drugiej połowie trasy możemy w pełni poczuć się jak na górskim etapie Tour de France. Pogoda panująca na dole, w Kranskiej Górze, jest zgoła różna od tej na przełęczy Vrsić. Błękitne niebo i znakomita widoczność pozwala dostrzec miejsce z którego zaczęliśmy zjazd. Sama miejscowość, raczej przeznaczona dla bogatych Niemców i Austriaków, nie przykuwa szczególnej uwagi. Zdecydowanie bardziej zachwyca kompleks skoczni narciarskich w Dolinie Planicy. Trafiamy akurat na gruntowny remont całego obiektu. Niemniej jednak przez chwilę daje poczuć się atmosferę święta narciarskiego na zakończenie każdego sezonu. To przecież tutaj Małysz i Stoch odbierali Kryształowe Kulę za swoje osiągnięcia w minionych sezonach. Baza campingowa w Kranskiej Górze jest bardzo uboga, dlatego jesteśmy zmuszeni do wybrania Eco Campingu na obrzeżach. Camping jest tak „eco”, że nie ma nawet możliwości doładowania telefonów komórkowych. Prąd wytwarzany jest przez piec opalany drewnem, a woda czerpana z okolicznej studni. Na uwagę za to zasługują specyficzne namioty zawieszone na drzewie, wyglądające jak wielkie, owadzie kokony. Niestety taki „luksus” słono kosztuje.


Nazajutrz ruszamy nowo wybudowaną drogą rowerową wzdłuż rzeki Sawy w kierunku Bledu i Bohińjskiego Jeziora. Oczywiście ciężko ominąć Bled nie zwiedzając jednej z największych atrakcji turystycznych na Słowenii, a mianowicie wyspy z kompleksem klasztornym na jeziorze Blejskim. Jako, że pokonaliśmy dystans z Kranjskiej Góry do Bledu w tempie polskiego Pendolino starczyło czasu na wypożyczenie łódki i dopłynięcie na wyspę. Okrążenie jej zajmuję niespełna 5 minut, natomiast ceny w muzeum są tak wysokie, że jak szybko dopłynęliśmy na wyspę, tak szybko z niej odpływamy w kierunku miejskiej plaży. Zważywszy na fakt bliskości kompleksu przemysłowo-miejskiego, zarówno plaża jak i sama woda w jeziorze zaskakuje wysokim poziomem czystości, co wykorzystujemy na prawie godzinny odpoczynek i naładowanie energii na dalszą drogę kierunku Bohinjskiego Jeziora. Jeżeli ktoś jeszcze nie podziwiał widoków znad Bohinjskiego Jeziora to powinien jak najszybciej to zrobić. Wspaniała fauna i flora jeziora w połączeniu z najwyższymi szczytami Alp Julijskich tworzy krajobraz, który pozostaje w pamięci do końca życia. Kolejne dwa dni dają nam ostro się we znaki. Temperatura, która oscyluję w okolicach 30 stopni, skutecznie utrudnia wspinaczkę na dwa bardzo wymagające podjazdy na granicy słoweńsko-austriackiej. Na domiar złego towarzystwo nachalnych muszek nie ułatwia zadania. Wykończeni i podirytowani cała tą sytuacją docieramy do Logarskiej Doliny, gdzie jak się okazuję jest kategoryczny zakaz rozstawiania namiotu (nawet na prywatnym podwórku). Szczęśliwie, kilka kilometrów dalej znajduję się schronisko, które oferuję noclegi w przystępnej cenie. Niestety nie mamy zbyt wiele czasu na podziwianie okolicznego krajobrazu. Kilka pamiątkowych zdjęć i filmów musi wystarczyć.


Wzdłuż malowniczej rzeki Drawy przemieszczamy się w szybkim tempie w kierunku Mariboru. O bliskości austriackiej granicy może świadczyć wysoki poziom zamożności okolicznej ludności. Czyste, zadbane i kolorowe miejscowości/wsie niczym nie przypominają tych w Polsce. Późnym wieczorem docieramy do Mariboru, gdzie wybieramy najlepszy camping na jakim do tej pory byliśmy. Zrobiony z pomysłem, kusi nie tylko bogatym wyposażeniem, ale również niska ceną. Jako, że jest to ostatnia noc na słoweńskiej ziemi nie może obyć się bez symbolicznego toastu i świętowania końca wyprawy. Co prawda następnego dnia mamy jeszcze do przejechania 30 km, ale traktujemy wyprawę za ukończoną. Nazajutrz gdy dojeżdżamy do celu czeka na nas niespodzianka. Ewa wraz ze swoim chłopakiem przygotowała powitalny obiad składający się z lokalnych przysmaków. Strawa w obecności całej rodziny Evy wygląda dość osobliwie. Gdy spotyka się język polski, angielski oraz słoweński z dialektami bałkańsko/niemieckimi to ciężko o konstruktywną wymianę poglądów. Niemniej jednak w najistotniejszych kwestiach udaję się dogadać. Dodatkowo w ramach atrakcji Eva wraz z Mitją pokazują nam winnicę, której to wina znane są na całą Europę. Oczywiście nie omieszkaliśmy zakupić kilku butelek. Po południu szczęśliwi wyruszamy w drogę powrotną do Polski.

Dodano: 2016-12-20

Autor: Tekst: Marcin Zalewski

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

ROWERY 2018

28 lat minęło – Yeti Ultimate

Odzież, akcesoria i dużo, dużo więcej!